KILKA FAKTÓW

Z okazji przyznania Doctora Honoris Causa Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, wydano okolicznościowe karty telefoniczne. Przedstawiono na nich uhonorowanych reżyserów w karykaturze. Oprócz Hasa, któremu przyznano tytuł pośmiertnie, "zaszczytu" tego dostąpili również: Roman Polański, Andrzej Wajda i Jerzy Kawalerowicz.

Kilka słów o Hasie

Wojciech Jerzy Has nie godził się na kompromisy. Zawsze wierny sobie, drogo płacił za artystyczną niezależność. Tadeusz Konwicki w książce "Pamiętam, że było gorąco" (wywiad -rzeka przeprowadzony przez Katarzynę Bielas i Jacka Szczerbę), wspomina:

Wojtek miał oryginalne cechy. Był bardzo kategoryczny w sądach, zamknięty w sobie. Pamiętam jakieś sympozjum czy spotkanie krytyków, gdzie mówiono o związkach jego filmów ze współczesnością. W końcu zapytano, jakie jest jego zdanie. Wstał, powiedział: - "Są przebicia". I usiadł.

Has miał niełatwą drogę z powodu swojego charakteru, nieumiejętności przystosowania się, niechęci do koniunkturalizmu. A w tym kraju koniunktury, jak jakieś przeciągi, działały bez przerwy. Można było je zręcznie wykorzystywać, wielu filmowców umiało to robić. Wojtek był pryncypialny i dlatego miał ciężko. Nie było go stać na żalenie się, płaczliwość, na bieganie z prośbami czy pretensjami. On to znosił po męsku, ale przez lata obserwowałem, że się sporo namęczył, doznał wielu idiotycznych odmów (s. 28).

Świadectwem tego są dwie przerwy w jego karierze. Przymusowe przerwy. Początkowe kłopoty wiązały się z istniejącymi wówczas zespołami filmowymi. Z zasady każdy trzymał się jednego zespołu i nie zmieniał go. Has zaczynał u Zarzyckiego w "Syrenie", ale w pewnym momencie pojawiły się między nimi tarcia. Twórca "Pętli" chciał większej samodzielności. Być debiutantem, a nie tylko asystentem reżysera. W związku z tym Has przeszedł do Starskiego i "Iluzjonu", gdzie zrealizował "Pętlę". U Zarzyckiego reżyser zrobił później "Pożegnania", ale takie zmienianie zespołów nie było dobrze widziane, w związku z czym Has nie mógł już zrealizować "Jeziora Bodeńskiego". Po "Pożegnaniach" powstał "Wspólny pokój", ale tym razem u Bossaka, w kolejnym zespole filmowym - "Kamera", z którym Has związany był do 1968 roku, czyli do czasu, kiedy "Kamera" została rozwiązana.

Rok 1968 to rok kolejnych kłopotów reżysera, związanych z realizacją "Sanatorium pod Klepsydrą". "Sanatorium..." powstało dopiero w 1973 roku i stało się przyczyną kolejnych problemów.

Dopiero w 1982 roku powstał kolejny film Hasa - "Nieciekawa historia". Mimo że reżyser miał wiele planów, nie mógł żadnego z nich przeforsować. Chciał zrealizować "Wesele", jak mówił - właściwie film o Wyspiańskim, według scenariusza Kwiatkowskiego. Inny projekt, wspierany m.in. przez Antczaka, to "Czerwone tarcze", które już prawie wchodziły do produkcji, powstał nawet scenopis, a co więcej, Iwaszkiewicz zaakceptował scenariusz. Jednak trudności narastały, upierano się, aby rodzinę żydowską zastąpić cygańską i ostatecznie film nie powstał.

Has próbował szukać innych producentów, m.in. w Berlinie Zachodnim, ale dopiero w 1982 roku udało mu się zrobić "Nieciekawą historię". Reżyser przeważnie nie wracał do dawnych projektów, bo były dla niego wytworem określonej chwili, sytuacji. A miejsce nie zrealizowanych filmów zajmowały kolejne pomysły. Projektem, do którego chciał Has po latach powrócić, był "Osioł grający na lirze".

Paradoksem jednak jest fakt, że o ile do lat 80-tych Has nie mógł realizować swych projektów ze względu na sytuację panującą w kraju, to w ostatnim okresie życia nie reżyserował, bo nie było na jego filmy pieniędzy. W 1997 roku, w jednym z wywiadów, twórca "Pętli" powiedział, że obiecano mu pieniądze z ministerstwa i telewizji na realizację "Osła grającego na lirze". Do roku 2000 film jednak nie powstał.

Jeszcze o Hasie - Tadeusz Konwicki z "Pamiętam, że było gorąco". Na pytanie jak wspomina Hasa, odpowiedział:

Ja Hasa lubiłem i ceniłem. jako urzędnik filmowy obserwowałem jego karierę od samego początku. Od próby debiutu - był to jakiś temat chłopski - który, może na szczęście, nie doszedł do skutku.

Has otarł się o plastykę w Krakowie. Plastyka go bardzo pociągała. Świadczą o tym szczególnie Rękopis znaleziony w Saragossie i Sanatorium pod Klepsydrą. On nie był - że tak powiem - reżyserem zewnętrznym, tylko wewnętrznym: strasznie skupiony, nie miał rozbieganych oczu, co jest cechą wielu reżyserów. Był rodzajem zakonnika tego fachu. Musielibyście obejrzeć jego scenopisy. To były nieprawdopodobne dzieła przemyśleń i precyzji. Już nie mówię o tym, że to w kilku kolorach było prowadzone.

Jego nadwrażliwość wizualna - moim zdaniem - pod koniec prowadziła go trochę na manowce. Doszedł do wysokiego stopnia perfekcjonizmu, a ja jestem zdania, co mówiłem już przy okazji Kawalerowicza, że odrobina wariactwa powinna artyście towarzyszyć do końca. Perfekcjonizm ochładza dzieła. stają się godne szacunku, ale są przyjmowane z pewnym dystansem.

Z Wojtkiem mieliśmy koleżeńsko przyjemne, ale i burzliwe incydenty. W tym samym czasie pracowaliśmy w wytwórni wrocławskiej. Ta wytwórnia była zamkniętym światkiem. Mieszkaliśmy w niej. Codziennie spotykaliśmy się w bufecie. Wojtek nigdy nie zapytał, co ja robię w wytwórni. Nie mówiąc o tym, że nigdy nie zapytał, jak mi idą zdjęcia czy jak ktoś gra. On mnie traktował, i to było celowe, jak literata, który wtrynił się w nie swoje regiony. Przechodził nad tym do porządku dziennego. jakby nie uznawał mojej filmowej działalności.

- Nie denerwowało to Pana?

Mnie się to podobało. To dowodziło, że miał charakter... ("Pamiętam, że było gorąco", Wydawnictwo Znak, 2001, s.27).

Kilka informacji o Hasie znaleźć również można w książce "Prafilmówka krakowska: 1945-1947" (patrz: Pisali o Hasie). Edward Zajicek wspomina uczestników Kursu Przeszkolenia Filmowego w Krakowie, w tym m.in. Hasa, którego wyróżniało "wykwintne słownictwo" (s. 22). A dzięki Natanowi Grossowi (autor "Filmu żydowskiego w Polsce") dowiedzieć się można jak mieszkał w tamtych czasach twórca "Pętli". Najlepiej przytoczyć w tym miejscu w całości słowa Grossa -  Nigdy nie zapomnę pokoju, który dzieliłem z Wojtkiem Hasem, tuż po przyjechaniu do Łodzi. Pracowaliśmy wtedy przy filmie Dwie godziny. Pokój wynajmowaliśmy od pani Zajickowej. Film, oparty na scenariuszu Ewy Szelburg-Zarembiny, reżyserowali Stanisław Wohl i Józef Wyszomirski. Wojtek, jako człowiek z bogatą wyobraźnią, dbał o to, by nasz pokój nie zmienił się w zwykłe pomieszczenie, i co rusz przynosił jakiś nowy eksponat. Gdy otwierałeś drzwi wejściowe, rzucał się w oczy duży szyld w języku rosyjskim "min niet - Sasza" z charakterystycznym czerwonym trójkącikiem. Tuż obok, gdzie wchodziła w ścianę rura od żelaznego piecyka, był napis "ruła". Z lampy zwisał duży niebieski szyld, który Wojtek przytachał kiedyś, pod gazem bywszy - "Postój 6 dorożek konnych". Skromniejszy "Nie deptać trawników" stał w kącie. Ktokolwiek do tego pokoju wchodził, poczytywał sobie za honor przyczynić się jakimś wymyślnym rekwizytem do jego świetności. Wkrótce nasze drogi rozeszły się. Wojtek zaczął kręcić krótkometrażówki, które jedna za drugą szły na półkę ze względów ideologicznych, kolidowały bowiem z radosnym optymizmem odbudowującej się socjalistycznej Polski (s. 70).

 

Wojciech Has w oczach Marka Hłaski był "bardziej autentyczny, grubo zdolniejszy, zupełnie niezoportuniały i bliższy (...) sercu" niż reżyser, u którego Agnieszka Osiecka odbywała praktykę filmową. Bo słowa Hłaski pochodzą właśnie z listu do Osieckiej, która studiowała na Wydziale Reżyserii w Szkole Filmowej w Łodzi i odbywała praktykę u znanego i uhonorowanego twórcy niezapomnianych do dziś filmów (Barbara Stanisławczyk, Panna "Czaczkes", [w:] Miłosne gry Marka Hłaski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 95).

Małgorzata Szumowska to najbardziej znana uczennica Hasa, która pod jego kierunkiem wyreżyserowała "Szczęśliwego człowieka", film, który został doceniony na wielu festiwalach filmowych. Oprócz reżyserowania (m.in. "Ono" - 2004, "33 sceny z życia" - 2008, "Sponsoring" 2011), jest również członkinią Europejskiej Akademii Filmowej, pisywała felietony do pisma "PANI".